Go to ...

Newsy Polska i Świat

Wolne polskie media bez cenzury

Wrzesień 20, 2018

O dziedziczności talentu i jego przechodnim charakterze


O dziedziczności talentu i jego przechodnim charakterze

O wczorajszym meczu nie ma co mówić. To jest hańba. Pogadajmy więc dziś o czymś innym, już o tym było nie raz, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Sposób strugania idiotów z publiczności odbywa się dzień w dzień, w najróżniejszych wymiarach. Piłka nożna nie jest tu bynajmniej przykładem najjaskrawszym. Oto w portalu WP ukazał się tekst poświęcony Stanisławowi Cejrowskiemu, ojcu Wojciecha, menedżerowi zespołów muzycznych z czasów komuny. To jest tekst utrzymany w tej charakterystycznej tonacji, która ma przekonać nas, że ludzie stojący przy samym korycie i to tym najbardziej luksusowym, byli największymi kontestatorami systemu. A nie dość tego, przekazali jeszcze swoją odwagę i swoje talenty dzieciom. Mechanizm tego tricku jest prosty i był wielokrotnie omawiany. Autorzy tych dyrdymałów przekonani są bowiem, że Polacy myślą tylko o tym, jak tu okazać się większymi spryciarzami niż reszta. To się sprawdza w przypadku piłkarzy, którzy zarabiają w reklamach, a markują grę na boisku. Czy sprawdza się w przypadku dzieci gwiazd z PRL? Pewnie tak, ale ciekawe jak długo. Mnie najbardziej ubawił fragment o tym, jak to Staszek Cejrowski potrafił załatwić dla wszystkich muzyków z Budki Suflera tak zwany biały montaż, czyli armaturę łazienkową. Uśmiałem się, bo był taki czas, że jak sobie lekarze w Dęblinie chcieli załatwić biały montaż to dzwonili do mojego starego. Ciekawe do kogo zadzwonił Cejrowski kołując tę armaturę na Lublin przecież? Za dużo tych magazynów w okolicy nie było. Minęło wiele lat, ojciec nie żyje od 1995, a tamci się chwalą jawnymi przekrętami i uważają, że to jest powód do dumy, wyznacznik życiowego sprytu i do tego jeszcze wszystko to dziedziczy pan Wojtek. To może i ja mogę w tym trochę partycypować? Nie sądzicie? Oto cały tekst

Na dniach pojawi się w naszej księgarni nowy, ukraiński numer Szkoły Nawigatorów, jednym z jego bohaterów jest pułkownik Jan Gerhard, autor książki „Łuny w Bieszczadach”. Jak pamiętamy, Jan Gerhard został zamordowany w roku 1972. To jest ten sam rok, w którym wystartowała niczym rakieta kariera dwudziestoletniego zaledwie reportera Ryszarda Kapuścińskiego. I ja mam teraz pytanie – skoro ten talent jest dziedziczny, to może on się także przenosi z jednego osobnika na innego poprzez osmozę? Może Kapuściński otarł się kiedyś w jakimś korytarzu o Gerharda i talent literacki przeszedł w ten sposób na niego? Sam nie wiem. Mam jednak podejrzenie, że władza ludowa nie mogła obyć się bez prawdziwie utalentowanych ludzi. Jeśli więc podstępni zabójcy pozbawili życia człowieka utalentowanego, to na jego miejscu musiał pojawić się ktoś inny, równie dynamiczny, ale młodszy. Jasne było, że ten ktoś nie będzie miał za sobą tak dramatycznych przeżyć jak Jan Gerhard, ale przecież to nie problem. Można osadzić go w rzeczywistości powojennej i zbudować malowniczą legendę. Potem już pójdzie z górki. Jak pamiętamy pierwszą książkę Ryszard Kapuściński napisał mając lat dwadzieścia. Nie wiem jakie szkoły kończył nasz bohater w czasie okupacji i tuż po niej, ale podejrzewam, że nie były to placówki, w których młody człowiek może sobie zrobić warsztat literacki. No, a pierwsza książka, dwudziestoletniego – podkreślam – reportera jest naprawdę dynamiczna i dojrzała. Można powiedzieć, że napisał ją ktoś kto miał za sobą doświadczenia poważniejsze niż dzieciństwo w trudnych czasach okupacji. Może ktoś taki jak pułkownik Gerhard właśnie. Każdy z nas miał kiedyś dwadzieścia lat i każdy wie do czego zdolny jest mężczyzna dwudziestoletni. Ja wiem nawet do czego nie jest zdolny – nie może z całą pewnością siedzieć i pisać książki, bo nie pozwolą mu na to hormony, brak mieszkania, skłonności do ulegania nałogom i kilka jeszcze innych kwestii. Oczywiście, jeśli ktoś dostał polecenie partyjne, to pokona każdą trudność, pozostaje jednak kwestia warsztatu. Ten zaś w przypadku dwudziestolatków jest zawsze autodemaskacją. W przypadku Kapuścińskiego nie jest, bo to był geniusz. Na ostatnim spotkaniu w radio Wnet Pan Lech Jęczmyk opowiadał nam anegdotę o publikacjach Kapuścińskiego w brytyjskiej prasie. Oto po ich ukazaniu się w następnych numerach pojawiało się mniej więcej czterdzieści sprostowań. Jak na reportera to sporo. Może gdyby Kapuściński był poetą, dałoby się to jakoś przełknąć, ale reporter to taki facet, który opisuje jak jest. No a skoro są sprostowania, to on nie opisywał jak było, ale inaczej. Jego pierwsza książka nosi tytuł „Busz po polsku” i jest w zasadzie drugą stroną medalu, rewersem historii Cejrowskiego. Tu mamy młodego bon vivanta komunistycznej siermięgi, który z wdziękiem baletmistrza wyczarowuje klozet dla Cugowskiego, a w książce Kapuścińskiego mamy ludzi przywiezionych na Mazury z Wileńszczyzny. Oni stanowią tą ciemną masę, którą należy obrobić za pomocą reportażu i różnych opisów, po to, by potem ludzie tacy jak Cejrowski mogli szczerze i bez lęku popatrzeć w lustro i stwierdzić, że są forpocztą cywilizacji w morzu barbarzyństwa. Oni potrafią wyczarować klozet, a tamci z Mazur ciągle latają za stodołę, w dodatku poniemiecką. Jak ktoś był wyjątkowo sprytny budował sobie sławojkę, no, ale to się przecież nie umywa do białego montażu.

W książce Kapuścińskiego nie ma rzecz jasna słowa o losach bohaterów przed okupacją i w czasie jej trwania, jest tylko wesoła zabawa dzikusów, którzy nie poznali jeszcze wynalazku tak dla człowieka istotnego jak szczoteczka do zębów.

Jeśli zbierzemy to wszystko do kupy, to znaczy piłkarzy, Cejrowskich – starego i młodego, a także literaturę Gerharda i Kapuścińskiego, zauważymy, że ma ten zestaw pewien wyraźny charakter – jest wsobny. To znaczy, że zarówno Cejrowscy, jak i piłkarze, a także Budka Suflera oraz Kapuściński z Gerhardem to są produkty lokalne. Znacznie w dodatku gorsze niż te klozety, co to jest u mojego ojca załatwiali leczący ludzi wojskowi. Zagadka polega na tym, że oni mając tę świadomość, próbują – bez rezultatu – podbić rynki zagraniczne. Na tym polega dramat, ale i komizm tej sytuacji. Stary Cejrowski wygląda na tym zdjęciu jak bzyk brzęczymucha z bajki o pszczółce Mai, a wybiera się zapewne za granicę, żeby tam zrobić furorę. Kapuściński nie był w stanie napisać jednego prawdziwego zdania, a o piłkarzach i Janie Gerhardzie w ogóle szkoda gadać. Jedyny autentyczny polski produkt, który może znaleźć uznanie za granicą to klozety, ale tego nikt głośno nie powie. Stąd właśnie bierze się moja pewność, że ostatnią rzeczą o jaką powinien zabiegać autor w Polsce jest akceptacja lokalnych hierarchii. Zresztą jaką oni mi mogą załatwić akceptację, jak w sprawie zwykłego kibla musieli do mojego taty dzwonić? Dajcie spokój.

Ktoś tu wczoraj umieścił link do kolejnej wypowiedzi pisarza Patlewicza, gdzie znów ma on jakiejś uwagi do mojej działalności. Nie zamierzam tego nawet otwierać. I Wy także nie próbujcie. Nikt nie wie przecież kto to jest Gabriel Maciejewski. A jeśli Patlewicz, jak Kapuściński z Cejrowskim odziedziczył po kimś talent i musi się wobec mnie określać w co drugim nagraniu, to świadczy samo o sobie. Nas tutaj nie ma. I im dłużej nas nie będzie tym większy będą mieli problem. Pozostawmy ich samych z ich talentami i licznymi, jakże dynamicznie rozwijającymi się możliwościami.

Jadę dziś do Józefa gadać o Korei i Amerykanach.

Teraz ważne ogłoszenie. Ponieważ kwartalnik nasz Szkoła nawigatorów, staje się coraz grubszy i zawiera coraz więcej unikatowych treści, a do tego jeszcze staje się kosztowniejszy w produkcji postanawiam co następuje – jeszcze przez dwa tygodnie można zamawiać prenumeratę w cenie 25 zł za egzemplarz, bez kosztów wysyłki. Tylko przez dwa tygodnie. Potem prenumerata zostanie zawieszona do końca roku 2018, a od stycznia 2019 kwartalnik kosztował będzie 35 zł za egzemplarz. Szkoła nawigatorów ukazuje się już cztery lata, cena nie była przez ten czas zmieniana. Koszta produkcji rosną, a i przydałoby się też zróżnicować honoraria autorów. Jeśli nie zastosujemy tego zabiegu produkcja SN przestanie się opłacać i trzeba będzie kwartalnik zamknąć. Tak więc jeszcze przez dwa tygodnie można zamawiać prenumeratę w cenie 100 zł za 4 numery, potem przerwa do końca roku i zmiana ceny na 140 zł za 4 numery.

Gabriel Maciejewski

 

Źródło: Baśń jak niedźwiedź , 25 czerwca 2018.

 

 

, 2018.06.26.

czytaj cały artykuł...

Więcej artykułów od polishclub.org