WALDEMAR KRYSIAK: „Unia Europejska chce czytać nasze prywatne wiadomości. Nowe prawo Chat Control pozwoli skanować wszystko, co wysyłasz. Whatsapp, Signal, iMessage, nawet e-maile. I to zanim szyfrowanie zdąży je ochronić. Twoje rozmowy z rodziną, zdjęcia, żarty. Każdy z nas będzie z góry traktowany jak potencjalny przestępca. Tymczasem Ursula von der Leyen dalej ukrywa swoje tajne smsy z Pfizerem o miliardowych kontraktach na szczepionki.” – czytamy w pani mediach społecznościowych. Obawiam się, że mało kto wie o tym, przed czym pani nas przestrzega…
Blanka Bąkiewicz: Jak Pan przeczytał, mierzymy się z czymś niesamowicie niebezpiecznym. Przed nami stoi projekt, który jest jawnym narzędziem inwigilacji. Zacznijmy może od początku.
Wszystko zawsze musi wejść w pięknym opakowaniu. Unia wymyśliła więc sobie, że Chat Control będzie sposobem walki z przemocą seksualną wobec dzieci. Z pedofilią i treściami, które przedstawiają materiały wykorzystujące seksualnie dzieci. System ma więc pomóc w znajdowaniu pedofilii w Internecie.
Każdy z nas się zgadza, że pedofilia to coś złego. Każdy chciałby, by jej nie było. W ładnym opakowaniu narzuca nam się nam jednak narzędzie, które w przyszłości może być użyte w niesamowicie przerażający sposób. Kto nam bowiem da gwarancję, że zwalczanie pedofilii to jedyny cel, do którego będzie to narzędzie wykorzystywane? Jest zupełnie odwrotnie: Chat Control będzie traktował nas wszystkich jak przestępców, skanując wszystkie nasze wiadomości, niezależnie od tego, czy będzie istniało podejrzenie o to, czy ktoś rozsyła treści pedofilskie, czy nie.
Innymi słowy: Chat Control, oficjalnie określany jako „regulacja CSAR” ma na celu skanowanie wiadomości w komunikatorach, nawet szyfrowanych, takich jak WhatsApp czy Signal, by automatycznie wykrywać materiały pedofilskie. To miałoby chronić dzieci przed nadużyciami online, jednak tego typu system to też masowa inwigilacja prywatnych rozmów, obarczona dużym ryzykiem błędów i naruszenień prywatności.
Wstępne głosowanie nad tym projektem ma się odbyć 14 października. Jeśli ten pomysł przejdzie, będzie on skutkował tym, że Unia Europejska podporządkuje sobie komunikatory takie jak Telegram, Whatsapp, iMessage, a nawet e-maila. Wszystko. Nawet treści z Dropboxa i innych, wirtualnych przechowywalnie, chmury.
Skanowanie treści będzie się, oczywiście, odbywać za pomocą sztucznej inteligencji?
AI będzie skanowała nasze wiadomości i treści online. I gdzie tam wyłapie coś, co uzna za podejrzane, np. zdjęcie dziecka na plaży wysłane z urlopu do babci, no, to już to będzie odhaczone i pójdzie z alarmem do biurokratów w Unii. Powstanie też oddzielna komisja, która będzie się zajmowała rozpatrywaniem tego, czy oznaczone przez AI treści faktycznie są niebezpieczne. Oczywiście, żeby dokonać tej oceny, komisja uzyska dostęp do naszych danych i wiadomości.
Do czego będzie to poza tym wykorzystane później, w niedalekiej przyszłości? Możemy się domyślać.
Wyobraźmy sobie dokładnie, jak wygląda obecna nasza sytuacja, jeżeli chodzi o prywatność w komunikatorach, na przykład. Obecnie komunikatory oferują nam prywatność pomiędzy rozmówcami. Nasze wiadomości na Whatsappie są szyfrowane. Żeby ktoś mógł podejrzeć je na Whatsappie, taki ktoś albo musi być ich prawowitym odbiorcą, albo musi zhakować system potwierdzania przez SMSa. Musiałby przejąć nasze konto, albo dosłownie ukraść nasz telefon. To są działania, które z reguły byłyby dość szybko dostrzeżone.
W przypadku większości komunikatorów poruszamy się więc w sferze prywatnej, rozmawiamy ze swoją rodziną, ze swoimi przyjaciółmi bez trzecich osób, które nas by podglądały. I to jest komfort, którego pewnie nie doceniamy czasami, bo mamy go codziennie. Chat Control chce to jednak zmienić. Chce wymusić na komunikatorach podporządkowanie się dyrektywom Unii.
Unia Europejska w bezczelny sposób wykorzystuje więc wizerunkowo dobre sumienie człowieka, który zgadza się, że materiały pedofilskie nie powinny być wysyłane prywatnie. Tylko czy pod osłonką tej wymówki możemy zgodzić się, żeby zniknęła prywatność?
Jako koordynatorka Citizen Go, jednej z organizacji, które starają się ten temat nagłośnić, współprowadzę kampanię uświadamiającą o skutkach tych unijnych pomysłów. Napisaliśmy też petycję do Ministrów Sprawiedliwości w krajach członkowskich Unii w tej sprawie. Obecnie staramy się wywrzeć presję, by ministrowie 14 października zachowali przyzwoitość i nie pozwolili, by nowe prawo weszło w życie. Sytuacja jest jednak w tym momencie skomplikowana ze względu na brak spójnej reakcji wśród krajów członkowskich. Na razie są kraje, które zmieniają z dnia na dzień stanowisko w sprawie Chat Control.
Nic jeszcze jednak nie jest przesądzone i dlatego właśnie presja obywatelska jest tak ważna. W Polsce, niestety, wiele osób myśli sobie: „dobra, daj spokój, to są jakieś tam teorie spiskowe”. Ludzie nie wierzą, że Unia chce skanować nasze e-maile i SMSy. Ja jednak, ostrzegając przed Chat Control, nie przesadzam, a niezrozumienie tematu daje Unii narzędzia do tego, żeby jej technokraci po cichutku inwigilację zalegalizowali. Nikt o tym nie mówi, w Polsce w ogóle też ten temat w mediach praktycznie nie istnieje. Co więc okaże się 14 października My jako CitizenGo zachęcamy do podpisywania petycji. Warto też wysyłać samemu maile do Ministra Sprawiedliwości, by miał on świadomość, że Polacy nie chcą inwigilacji.
Pewnym rozczarowaniem są też kraje, takie Węgry czy Włochy, które zapowiadają, że wesprą ten unijny projekt. Polska zdaje się na chwilę obecną obiecywać, że go nie wesprze, ale to jeszcze się okaże. Wiemy przecież, że nie można ufać politykom ani koalicji rządzącej.
Jakie jest ogólnie wsparcie w ramach Unii Europejskiej dla tego projektu, a jakie kraje deklarują swój sprzeciw?
Grecja, Hiszpania, i Rumunia, zdają się, na przykład wspierać pomysł. Luksemburg, Polska i Niemcy – nie. Czechy też się sprzeciwiają, Belgia, Finlandia, ewentualnie, nie ma jednak jeszcze żadnej pewności. Sytuacja wygląda tak: żeby ten projekt zatrzymać potrzeba przynajmniej czterech krajów członkowskich, przynajmniej 35% populacji Unii Europejskiej, które staną po stronie wolności słowa. Już sam sprzeciw Niemców by nam tutaj bardzo pomógł, ale jeśli to będą tylko małe kraje, to sprzeciw będzie niewystarczający.
Niektóre kraje zmieniają też zdanie. Holandia, na przykład, wstępnie zapowiadała swoje veto, ale w ostatnich dniach doszły do nas informacje, że i Holendrzy jednak chcą poprzeć inwigilację. Ja bym w tym wypadku w ogóle nikomu na ten moment nie ufała. Również ta niepewność jest przerażająca.
Trudno też uwierzyć, że zapędy Unii, która chce nam odebrać prywatność, kiedyś się skończą!
Chat Control to element mechanizmu, który już zaczął działać. Globalistyczne siły, w tym Unia Europejska, są nienasycone. Oprócz Chat Control jest jeszcze przecież DSA, który ma wejść także w Polsce. DSA będzie zaś służył dalszej cenzurze internetu. Urzędnik będzie dzięki niemu i z pomocą sztucznej inteligencji skanował sieć i po prostu usuwał „niepoprawne” wpisy czy posty.
Jest to zamach na naszą wolność. Tak to powinniśmy nazywać.
DSA to Digital Service Act. Digital Service Act ma pewnie przede wszystkim przywrócić cenzurę w sieci, która rządziła jeszcze do niedawna. W ostatnim przecież czasie i X, i Facebook poluzowały zasady wypowiadania się na swojej platformie. Dzięki temu użytkownikom wolno było nagle krytykować, na przykład, ideologię gender czy masową migrację. To jednak nie podoba się biurokratom z Unii, którzy poprzez tę odwilż stracili zdolność do kontrolowania opinii.
Razem z DSA rzeczywistością stanie się więc funkcja „trusted flaggers”, cenzorów, którzy flagować będą szkodliwe rzekomo treści, również treści kompletnie legalne, np. te wyrażające niechęć wobec nielegalnych migrantów. Jeżeli dany post zostanie przez nich oznaczony, to platforma, na której się pojawił, będzie zobowiązana albo go usunąć, albo ograniczyć jego widoczność. Innymi słowy: cenzura w białych rękawiczkach.
Wiemy już też, kim będą ci cenzorzy – ci zaczynają już bowiem działać w Niemczech. I za Odrą są to np. lewicowi aktywiści z Amadeu Antonio Stiftung, fundacji promującej „progresywne” wartości. Jej polskim (sic!) odpowiednikiem jest pewnie Fundacja Batorego. AAS walczy więc rzekomo z rasizmem w Niemczech i dostarcza działaczy, którym Unia dzięki DSA nada przywilej decydowania, co rasizmem jest, a co nie.
Co gorsza: DSA będzie zajmował się nie tylko walką z rzekomym rasizmem. Pomysłodawcy DSA mówią wprost, że to jest narzędzie do likwidacji dezinformacji w internecie. Jak natomiast rozumiana jest dezinformacja, przekonaliśmy się w ostatnich latach. Dezinformacją jest bowiem dla globalistów to, co przeczy ich własnym celom.
Oni tu już się nawet z tym nie kryją. Oczywiście, ofiary cenzury „trusted flaggers”, będą miały się prawo odwoływać do sądów. Jeżeli lewicowy aktywista doprowadził do skasowania naszego legalnego postu, bo ten mu się nie spodobał, będziemy mogli o nasze treści walczyć jednak w sądach. Czy te jednak staną po naszej stronie? Czy zwykły człowiek ma czas i siły, by walczyć z systemem?
Myślę, że ludzie nie są świadomi do końca i nie wiedzą, że nadciąga coś strasznego. Musimy jednak być gotowi. Musimy zacząć mobilizować się jako obywatele po prostu, by nie dać odebrać sobie wolności słowa.
A jaka jest szansa na przynajmniej częściowe zatrzymanie Digital Service Act?
W przypadku DSA sytuacja podobna jest do Chat Control. Jeżeli większość krajów członkowskich Unii ten projekt poprze, to Unia go wprowadzi. Tak samo zresztą było w przypadku paktu migracyjnego, który teraz albo będziemy wdrażać, albo… zapłacimy sankcje za każdego nieprzyjętego migranta.
Promowanie otwartych granic to jednak nie koniec globalistycznych celów. Oprócz kontroli naszej korespondencji i wypowiedzi online, globalistom zależy na wprowadzeniu cyfrowej tożsamości i cyfrowego dowodu. Te plany realizowane są nawet poza Unią Europejską…
… na przykład w Wielkiej Brytanii.
Dokładnie. Wielka Brytania zapowiedziała przecież ostatnio wprowadzenie BritCard, ogólnokrajowego, cyfrowego dowód tożsamości dla wszystkich obywateli i rezydentów kraju, który ma być przechowywany w aplikacji mobilnej na smartfonie. To BritCard będzie służył do potwierdzania tożsamości online i ścigania dysydentów. Wielka Brytania już teraz przecież wsadza do więzienia własnych obywateli, którzy krytykują skrajną lewicę, a identyfikacja autorów „niepoprawnych” treści stanie się dzięki takiemu dowodowi osobistemu tylko łatwiejsza. Co więcej: władze Wielkiej Brytanii mówią wprost, że osoby, które się nie podporządkują się wymogowi BritCard, nie będą mogły legalnie pracować. Przymus ten ma być, oczywiście, wprowadzony dla dobra obywateli i pomagać w walce z przestępczością, z terroryzmem.
Na tym właśnie polega tutaj szantaż moralny. Każdy przecież chce, by rząd walczył z pedofilią i terroryzmem. Czy jednak ceną za tę walkę powinno być prawdo do prywatności, prawo wolności słowa
Niestety, każdy jest skupiony na wewnętrznej polityce. Przez to ponad naszymi głowami przemykają nam pomysły globalistów z Unii Europejskiej. Ci jednak dybią na naszą wolność w Brukseli i poza Unią, np. w ONZ. Następnym narzędziem globalistów będzie więc też Traktat pandemiczny, oficjalnie znany jako Porozumienie WHO, Pandemic Agreement. Porozumienie to to angażuje 194 państwa członkowskie WHO, i ma wzmocnić niby międzynarodową współpracę w celu lepszego radzenia sobie z potencjalnymi pandemiami. Jak natomiast to wygląda to w praktyce? Lockdowny i rugowanie naszych podstawowych praw. Czy zapomnieliśmy już, w jakiej niewoli znaleźliśmy się ledwie kilka lat temu?
Artykuł Pożegnaj się z prywatnością. Unia chce śledzić twoje rozmowy [NASZ WYWIAD] pochodzi z serwisu NCZAS.INFO.