John Carter: Depopulokalipsa

Depopulokalipsa

Właśnie minął Dzień Matki, więc porozmawiajmy o tym, dlaczego mamy ich tak mało, dlaczego jest to katastrofalnie złe i co możemy z tym zrobić.

chasestone

Kocham swoją matkę (Pozdrowienia, mamo! Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Matki!)1

Ogólnie lubię matki i sądzę, że jest ich za mało.

Tak naprawdę to jest ich tak mało, że grozi nam cywilizacyjna implozja.

Mamagedon, że tak powiem.

Załamanie demograficzne nie wydaje się być czymś, czym należy się przejmować na planecie, której całkowita populacja właśnie przekroczyła osiem miliardów. Z pewnością mile widziana byłaby mniejsza populacja Przekroczyliśmy nośność, prawda Od śladu węglowego tych ośmiuset milionów ton ludzkiej biomasy z USA Ziemia dostaje gorączki, która niszczy ekosystemy, wyczerpuje zasoby, niszczy wierzchnią warstwę gleby, zatruwa powietrze, zabija oceany, zapełnia pola śmieciami i wywołuje korki. Mniej zatłoczona Terra byłaby w najlepszym interesie wszystkich, prawda

Właściwie to nie. Nie byłaby. Tak naprawdę to byłaby bardzo zła dla nas wszystkich.

Ten esej składa się z trzech części. W części pierwszej omówiono powody, dla których załamanie demograficzne stanowi zagrożenie egzystencjalne dla cywilizacji; są wśród nich niektóre nieprzyjemne konsekwencje, z którymi już mamy do czynienia, takie jak migracja zastępcza. W części drugiej przyjrzymy się czynnikom, które prawdopodobnie przyczyniają się do zmniejszonej płodności. W części trzeciej przedstawię kilka potencjalnych rozwiązań, mając na celu bezpośrednie zajęcie się strukturalnymi czynnikami antynatalnymi. Części 1 i 2 są przedstawione tutaj; ponieważ ten esej okazał się nieco dłuższy, niż się spodziewałem, część 3 zostanie opublikowana później.

I. Depopulokalipsa

Przeludnienie jest pojęciem o wiele bardziej rozciągliwym, niż mogłoby się wydawać. Po pierwsze, ma ono wiele wspólnego z dostępną technologią. Udoskonalenia technologiczne mogą nadać większą użyteczność z danej ilości zasobów, objętości ziemi lub obszaru gruntu. Na przykład zielona rewolucja spowodowała dramatyczny wzrost gęstości kalorycznej uzyskiwanej poprzez rolnictwo. Postęp technologiczny może również sprawić, że problem ograniczonych zasobów staje się nieistotny jak to miało miejsce na przykład gdy olej wielorybi został zastąpiony paliwami kopalnymi. I wreszcie, technologia może przekształcić coś w zasób, o którym wcześniej nawet nie wiedzieliśmy: na przykład aluminium w ogóle nie było uważane za zasób, dopóki nie wymyśliliśmy, jak je uzyskać. Szczerze mówiąc, w przeludnienie może być mierzone pod względem jakości ludzi w populacji. W Tokio da się żyć, mimo że ma populację 14 milionów lub 37 milionów, w zależności od tego, czy weźmie się pod uwagę formalne granice prefektury, czy większy obszar metropolitalny. Manila ma mniej niż 2 miliony a jest pod każdym względem ściekiem pod gołym niebem. Tokijczycy są bardzo czyści, nie śmiecą i nawet nie potrzebują przepisów zakazujących śmiecenia, żeby tego nie robić; są uprzejmi, spokojni, chętni do współpracy, szanują przestrzeń osobistą. Dzięki temu możesz napakować ich dużo w jedne miejsce, a mimo to ich życie będzie dość przyjemne. Ludzie robią dużą różnicę. Rzecz w tym, że zmierzyć to, co określa się „przeludnieniem”, w przypadku Homo sapiens – gatunku z tak wysoce rozwiniętą kulturą – nie jest tak prosto, jak chcieliby twórcy modeli Klubu Rzymskiego.

​Do rzeczy. Japonia znajduje się w czołówce załamania demograficznego; zjawiska, o którym ludzie zaczynają mówić. Współczynnik dzietności w Japonii w 2021 r. wyniósł zaledwie 1,37 urodzeń żywych na kobietę. Tymczasem w 2022 r. całkowita liczba urodzeń spadła do zaledwie 800 000, a w tym samym roku odbyło się prawie 1,6 miliona pogrzebów. Populacja Japonii gwałtownie się kurczy, a przez to szybko się starzeje. Starsi obywatele są w Japonii, jak wszędzie na świecie i w każdym innym momencie w historii, obciążeniem w netto – wykonują mało produktywnej pracy lub nie pracują w ogóle, bo zazwyczaj po prostu nie mogą. Ponadto konsumują dużo zasobów w postaci opieki zdrowotnej, zwłaszcza pod koniec życia.

Vladimir Manyukhin

Społeczeństwo przeciążone seniorami zawsze zaczyna mieć poważne problemy. Kurcząca się część populacji w wieku produkcyjnym musi pracować znacznie ciężej. Trzeba przeznaczać więcej środków na system opieki zdrowotnej i emerytury, a to oznacza mniej dostępnych ludzi do pracy na produktywnych stanowiskach oraz poświęcanie coraz większej części nadwyżki konsumenta (którą przemysłowi produkcyjnemu wciąż udaje się wygenerować) żeby za to wszystko zapłacić. Utrzymanie istniejącej infrastruktury staje się coraz trudniejsze, ponieważ nie ma pracowników, którzy by ją utrzymywali, a pieniądze, które miałyby zapłacić za to utrzymanie, są przeznaczane na domy opieki i szpitale. Do tego dochodzą bardziej subtelne skutki socjologiczne. Kreatywność, czy to naukowa, przedsiębiorcza czy artystyczna, jest zwykle domeną umysłów młodych i energicznych. Starsze społeczeństwo będzie społeczeństwem znacznie bardziej konserwatywnym i ostrożnym – sennym Państwem Babcią, które będzie miażdżyć ducha młodych, w czasie, gdy ciężar finansowy dźwigania wszystkich starców będzie miażdżyć ich portfele.

Obciążenie finansowe może potencjalnie przekształcić deflację demograficzną w drogę bez powrotu, która doprowadzi do ekonomicznej zapaści. Doba ma ograniczona liczbę godzin, a zasoby nie są nieograniczone. Dzieci wymagają sporo czasu i energii. Przekierowanie ogromnych zasobów społeczeństwa na opiekę nad starzejącym się społeczeństwem będzie oznaczać, że młodym ludziom pozostanie znacznie mniej zasobów na posiadanie dzieci – innymi słowy wielu po prostu nie będzie na nie stać, ponieważ utrzymywanie przy życiu wszystkich starzejących się SINK-ów1 choćby nieco dłużej sprawi, że posiadanie większej liczby dzieci będzie znacznie trudniejsze.

Należy zauważyć, że to zjawisko nie wynika z wielkości populacji, tylko z jej demograficznej dystrybucji. Raz wprowadzona, dana dystrybucja może się usadowić. Rezultatem może być rozkład populacji, który będzie nadal silnie ukierunkowany na osoby starsze, nawet w przypadku załamania się populacji całkowitej. Zbyt wiele SINK-ów prowadzi do zapaści behawioralnej.

Japońskim rozwiązaniem tego problemu zdaje się być robotyka – wykorzystanie zaawansowanej automatyzacji do podkręcenia produkcyjności do takiego stopnia, że opieka nad osobami starszymi nie będzie tak miażdżącym obciążeniem dla pracowników w wieku rozrodczym; być może w ten sposób zapobiegnie się, przynajmniej tymczasowo, wyginięciu rasy japońskiej. Czas pokaże, czy to zadziała, czy nie, ale jest to lepsza reakcja niż ta, którą stosują rządy Post-Zachodu: próbowanie utrzymania (lub nawet doprowadzenia do rozwoju) własnych populacji dziećmi innych ludów.

Globalne współczynniki płodności całkowitej. Wszystkie kraje zaznaczone na żółto mają płodność całkowitą niższą niż poziom zastępowalności pokoleń (2,1), a kraje zaznaczone na zielono i niebiesko – wyższą.

Problem z płodnością nie ogranicza się do Japonii. Jest w zasadzie uniwersalny. W praktycznie każdym kraju na świecie (poza Afryką Subsaharyjską, której populacja w dalszym ciągu rozmnaża się jak króliki) wskaźniki urodzeń spadły poniżej stopy zastępowalności pokoleń wynoszącej 2,1 żywych urodzeń na kobietę. Japonia nie jest nawet najgorszym przypadkiem. Jest nim Korea Południowa, gdzie wskaźnik urodzeń żywych wynosi zaledwie 0,8 na kobietę; można by go pomylić ze wskaźnikiem rozrodczości pand w niewoli. Ogólnie rzecz biorąc, kraje europejskie mają fatalnie niski poziom rozrodczości, podobnie jak Kanada, w której wskaźnik urodzenia na kobietę wynosi zaledwie 1,5; mimo to Kanadzie udaje się zwiększać swoją populację o około milion osób rocznie ze względu na jeden z najwyższych wskaźników imigracji na świecie.

Masowa migracja jest kwestią powodującą zdecydowanie najgłębsze podziały polityczne na całym obszarze Post-Zachodu. Nie powoduje to oczywiście podziałów wśród polityków – jedyna debata wśród między nimi dotyczy tego, jak ten proces usprawnić i uprościć. Dla nich liczy się tylko kontynuacja pracy reaktora gospodarczego poprzez ciągły dopływ ludzkiej biomasy. To, że państwa narodowe doprowadzą do wyginięcia narody którym te państwa nominalnie służą, nie ma znaczenia dla tych, którzy obecnie tymi państwami rządzą. Narody jednak są oburzone. Coraz bardziej. W ich doświadczeniu zalew cudzoziemców jest inwazją i nie daje im to spokoju, co prowadzi do coraz brutalniejszych represji, w miarę jak struktura władzy stara się utrzymać kontrolę nad wybuchową energią, która może zostać uwolniona przez pierwotne instynkty, które politycy próbują ujarzmić. Odgrzany w mikrofali komunizm z progresywnej antyfilozofii jest wynikiem próby klasy menedżerskiej w użyciu DEIus [diversity, equity and inclusion – różnorodność, prawość i inkluzyjność (przyp. tłum.)] ex Marxina. To desperacka zagrywka, które ma utrzymać machinę gospodarczą w ruchu, nawet jeśli pożre ona populację, dla której została zbudowana.

O ile masowa imigracja z Trzeciego Świata do Europy i anglosfery miała na celu utrzymanie rentowności gospodarki poprzez odnawianie siły roboczej młodą krwią, to ogólnie okazała się ona spektakularną porażką. Migranci na ogół nie asymilują się i zwykle są dla gospodarek krajowych nieopłacalni – koszty poświęcanych im usług socjalnych i egzekwowania na nich prawa przewyższają generowane przez nich dochody. 

Struktura wieku w Niemczech.

Masowa migracja zastępcza grozi całkowitym wyparciem rdzennej ludności Europy Zachodniej. Przykładem tego są Niemcy. Współczynnik dzietności spadł tam poniżej poziomu zastępowalności pokoleń w 1970 r. i od tego czasu wynosił około 1,3–1,4, a w ostatnich latach nieznacznie wzrósł do 1,5. Jednak w tym okresie liczba ludności wzrosła z 78 milionów w 1970 r. do 83 milionów obecnie. A że ludność tubylcza nie zastępuje się sama, dzieje się to wyłącznie poprzez imigrację. W rezultacie populacja Niemiec składa się obecnie w 26% z ludności nieniemieckiej, z czego 17% to imigranci pierwszego pokolenia. Sytuacja jest jednak znacznie gorsza, niż sugerowałyby same liczby. Obecna nierównomierność struktury wiekowej oznacza, że mediana wieku wynosi 45 lat, co czyni Niemcy jednym z najstarszych krajów na świecie (najstarszym jest Japonia). Mediana nie jest zbyt dobra miarą: największą pojedynczą kohortę urodzeniową stanowią Niemcy urodzeni w 1964 r., w wieku 59 lat, którzy wszyscy umrą za około 20 lat. Imigranci są przeważnie młodsi niż ogół populacji Niemiec – ich mediana wieku wynosi około 32 lata. Tylko 20% populacji Niemiec ma 20 lub mniej lat, a wśród starszych 31% populacji najwięcej jest ludzi w wieku 59 lat. W samych liczbach oznacza to 17 milionów ludzi w Niemczech poniżej 20. roku życia. Spośród nich około 6,4 miliona, czyli 37%, nie są etnicznymi Niemcami3. W miarę starzenia się społeczeństwa Niemiec przejście rdzennych Niemców do mniejszości nastąpi dość gwałtownie, jeśli kraj będzie w dalszym ciągu próbował nadrabiać niedobory dzieci importem ciał z Bliskiego Wschodu i Afryki.

Masowa migracja zastępcza okazuje się dość niebezpiecznie destabilizująca i do tego moralnie odrażająca. W każdym razie i tak nie będzie już długo działać. Jeśli obecne tendencje się utrzymają, to do połowy stulecia jedynym regionem geograficznym z nadwyżką młodych ludzi będzie Afryka Subsaharyjska, a… hm… cóż, jeśli ktoś chce kontynuować istnienie zaawansowanej cywilizacji przemysłowej z ludami Bantu, to jedyne co mogę powiedzieć to to, że życzę szczęścia. Może poczekaj, żeby sprawdzić, czy najpierw uda im się zbudować własną cywilizację. Tylko sugeruję. Jednak nawet zakładając, że cywilizację europejską można utrzymać bez Europejczyków, to migracja zastępcza jest w najlepszym wypadku rozwiązaniem krótkoterminowym. W końcu te same czynniki, które prowadzą do załamania demograficznego, dotkną Afrykę, a wtedy na całym świecie zgasną światła, a wtedy kraje będą próbowały przyciągnąć do siebie kurczącą się grupę młodych ludzi.

Bardziej podoba mi się rozwiązanie japońskie, ale na razie to wciąż science fiction. Jednak ani migracja, ani robotyka nie rozwiązują podstawowego problemu, jakim jest płodność. Ich celem jest leczenie objawów; sama płodność poniżej poziomu zastępowalności pokoleń jest traktowana jak problem aksjomatycznie nie do rozwiązania.

Oś czasu jest nieco przyspieszona, ale tak czy inaczej wiadomo, co autor miał na myśli.

Aby populacja mogła się utrzymać, potrzebuje współczynnika dzietności na poziomie 2,1 żywych urodzeń na kobietę. Aby populacja rosła, współczynnik musi być wyższy. Moim zdaniem powinniśmy dążyć do społeczeństwa, w którym przeciętna kobieta wyjdzie za mąż w wieku około 20 lat i będzie mieć od 3 do 4 dzieci. Może się to nam nie udać, ale lepiej celować w gwiazdy, chybić i trafić w Księżyc, niż celować w Księżyc i rozbić się na ziemi. Chociaż chęć utrzymania stabilnej populacji powinno być najbardziej podstawową normą akceptowaną przez społeczeństwo, umiarkowany poziom wzrostu populacji jest prawdopodobnie optymalny, ponieważ pozwoli utrzymać demograficznie młodą, a zatem energiczną i kreatywną populację. Do utrzymania zaawansowanej technologicznie cywilizacji potrzebna jest duża populacja. Lubię prąd i chciałbym, by nie zniknął. Ale chciałbym też, byśmy zasiedlili Układ Słoneczny. Zrobienie tego będzie wymagało ciał i mózgów – i to dużo, najlepiej młodych i energicznych.

Pytanie brzmi: jak przejść ze stanu bieżącego – z populacji szybko starzejących się jałowych SINK-ów – do populacji płodnej, młodej i rosnącej?

Aby dowiedzieć się, co zrobić, by było więcej matek, najpierw musimy zrozumieć czynniki szkodzące macierzyństwu.

II. Czynniki zmniejszające płodność

Czynniki biologiczne

Tak właściwe to wyjątkowo gówniana z niej bogini płodności.

Otyłość kobiety zmniejsza jej płodność. Przez te wszystkie fałdy trudniej jest doprowadzić do penetracji, a i do samej próby konieczne jest, żeby hipopotamica znalazła partnera chętnego do seksu z nią. A mniej obraźliwie, ale równie trafnie: nadmiar tłuszczu powoduje dodatkową presję na organizm kobiety, prowadząc do stanu zapalnego, który oddziałuje na jajniki. Prowadzi też do insulinoodporności, która wpływa na uwalnianie hormonów płciowych i owulację. Wreszcie, wpływa do zwiększone ryzyka wystąpienia zespołu policystycznych jajników, który szybko prowadzi do całkowitej niepłodności.

Otyłość wpływa również na płodność mężczyzn. Tkanka tłuszczowa jest estrogenna, co oznacza mniej testosteronu, co z kolei oznacza niższą jakość nasienia. Ogólnie rzecz biorąc, jakość męskich plemników spadła do fatalnego poziomu, częściowo bez wątpienia z powodu dużej ilości ciał tłuszczowych, ale prawie na pewno także z powodu innych czynników, takich jak substancje chemiczne naśladujące hormony i zaburzające funkcjonowanie układu hormonalnego, pochodzące z całego plastiku przechowywanego w tłuszczu naszych ciał.

Uważam, że w ponury sposób zabawnym jest, że rządzący nami są tak zdecydowani wyeliminować tytoń, który może zmniejszyć masę urodzeniową nieznacznie, jednocześnie na siłę karmiąc plebs toksycznymi olejami z nasion, które prawie na pewno są główną przyczyną kryzysu otyłości. Wygląda na to, że oleje z nasion, częściej określane jako oleje „roślinne”, systematycznie spowalniają funkcje metaboliczne, co oznacza, że osoby, które pozyskują dużą część kalorii z tych źródeł, na poziomie wyjściowym (gdy po prostu siedzą i nic nie robią) spalają mniej energii, niż powinny. Związek między spowolnieniem metabolizmu a gwałtownym wzrostem otyłości w ostatnich dziesięcioleciach powinien być oczywisty – siedzący tryb życia niewątpliwie ma na to wpływ, ale nie jesteśmy dużo bardziej leniwi pod względem fizycznym niż, powiedzmy, w latach pięćdziesiątych. Nikt wtedy nie chodził na siłownię, a mimo to nikt nie był gruby. Dziwne, nie?

Oleje z nasion prawdopodobnie nie są jedyną przyczyną otyłości. To tylko jeden ze składników trującego pakietu ultraprzetworzonej, hipersmacznej „żywności” dostępnej w supermarketach – pustych kalorii pozbawionych mikroelementów, precyzyjnie opracowanych tak, aby były jak najbardziej uzależniające i niezadowalające.

Innym czynnikiem, który może spowodować bezpłodność macicy, są nieleczone choroby przenoszone drogą płciową, powstałe w wyniku bliznowacenia jajników, spowodowanego przez m.in. chlamydiozę lub rzeżączkę. Dzięki antybiotykom wątpię, że jest to główny czynnik, ale warto o tym wspomnieć, ponieważ rozluźnienie obyczajów seksualnych doprowadziło do wzrostu liczby partnerów seksualnych w ciągu życia, co oznacza przenoszenie większej liczby chorób przenoszonych drogą płciową, niż byłoby to możliwe w innym przypadku; to mogło marginalnie zmniejszyć dzietność populacji.

Istnieją niepokojące dowody na to, że szczepionki mRNA mogą być powiązane ze znacznym zmniejszeniem płodności, o około 10%, w krajach tak odległych od siebie, jak Szwecja, Węgry i Tajwan. Wydaje się, że efekt ten utrzymuje się od czasu pierwszego zgłoszenia i nie mija; prawdopodobnym wydaje się, że ogromna część populacji mogła zostać (nieumyślnie?) wysterylizowana. To coś, na co warto zwrócić uwagę.

Najważniejszym czynnikiem wpływającym na płodność jest wiek. Kobiety mają okres około dwudziestu lat, podczas którego mogą zajść w ciążę, przy czym zajście w ciążę jest zdecydowanie najłatwiejsze na początku. Chociaż u mężczyzn okres płodności jest dłuższy, to z wiekiem ich nasienie staje się słabsze. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety są najbardziej płodni, gdy są młodzi.

Czynniki ekonomiczne

Mark Keathley

Dzieci są drogie. Cholera, w USA znajomi mówili mi, że sam poród wiąże się z opłatą w wysokości 20 000 dolarów na oddziale położniczym. Następnie trzeba zapewnić im dach nad głową, nakarmić je, ubrać, zabawiać i edukować, a to wszystko kosztuje. Szacunkowy koszt całkowity wychowania jednego dziecka do 18. roku życia w USA wynosi około 300 000 dolarów. Oznacza to, że gospodarstwo domowe na każde dziecko potrzebuje dodatkowych 16 000 dolarów rocznie. Wliczając w to podatki. Jeśli chcesz czwórkę dzieci, to oznacza to 64 000 dolarów rocznie – czyli około dwa razy tyle co mediana płac w USA. Widać tu problem.

Małe dzieci od zawsze wymagały znacznych inwestycji w zasoby, ale w przedindustrialnym, rolniczym społeczeństwie nie było tak źle. W wieku około 5 lat można było zacząć ich używać do pomocy przy prostych zadaniach na farmie, a do ukończenia 10 roku życia prawdopodobnie generowały tyle kalorii, ile potrzeba było do ich wykarmienia. Nawet we wczesnej epoce przemysłowej dzieci zaczynały pracować, a tym samym przyczyniać się do dochodu gospodarstwa domowego, już w wieku około 12 lat. Teraz tak nie jest.

Wskaźniki urodzeń spadły dość szybko, gdy gospodarka przeszła z rolnictwa na przemysł. Powód był prosty: o ile w gospodarce rolnej nie zajmuje dużo czasu wychowanie dziecka tak, aby było minimalnie przydatne, o tyle nie można 10-latkom dać łazić po hucie. No dobra, teoretycznie można, ale próbowano tego i po pewnym czasie tego zakazano, bo dzieci raz po raz ginęły. Większość nowoczesnych miejsc pracy, czy to fabryka, biuro, szpital, sklep, czy co tam jeszcze, to nie miejsca, w którym można sobie pozwolić na puszczonego luzem niemowlaka, który będzie wywoływać chaos i histerycznie ryczeć, gdy się zezłości.

Z drugiej strony, w środowisku rolniczym większość pracy, którą wykonywały kobiety (a pracowały z pewnością; fantazja o bezczynnej, znudzonej gospodyni domowej była prawdziwa tak naprawdę tylko w latach 50.) była całkowicie zgodna z nieprzewidywalnymi wymaganiami małych dzieci. Można siedzieć przy oknie i tkać rękawiczki na sprzedaż na jarmarku hrabstwa i jednocześnie z łatwością mieć oko na dziecko pełzające po podłodze. A kiedy niemowlę szarpie za rąbek spódnicy i domaga się twojej uwagi, nie będzie to wielka strata odłożyć na chwilę rękawice i wziąć malca na ręce. Kobiety wykonywały pracę, którą można było wykonywać w domu, a którą w razie potrzeby można było zawiesić i później wznowić, co znaczy, że praca ta nie cierpiała z powodu doraźnych żądań małych dzieci.

Jeśli matki chcą pracować w obecnym porządku ekonomicznym – a większość chce, nikt nie lubi czuć się bezużyteczny – natychmiast staje przed koniecznością kompromisu. Mogą albo pracować przez dłuższy okres jako pełnoetatowe matki pozostające w domu, robiąc bardzo niewiele poza opieką nad dzieckiem i ponosząc ekonomiczne konsekwencje utraty dochodów, społeczne konsekwencje izolacji oraz zawodowe konsekwencje gromadzenia zaległości w swojej dziedzinie… lub mogą nacieszyć się stosunkowo krótkim urlopem macierzyńskim przed oddaniem dziecka w opiekę komuś innemu (komu muszą płacić), a potem mieć poczucie winy, że nie są obecne w wychowaniu swoich dzieci. Obie opcje są do bani.

Czynniki Socjologiczne

W. B. McInnes

Dobrze znana jest korelacja ujemna między wykształceniem kobiet a ich płodnością: im bardziej wykształcona jest kobieta, tym dłużej zwleka z założeniem rodziny i tym mniej ma dzieci. Podejrzewam, że w dużej mierze dzieje się tak dlatego, że ktoś, kto uczęszcza do szkoły, nie pracuje i dlatego nie ma zbyt dużo pieniędzy. Jak wspomniano powyżej, dzieci są drogie. Co więcej, ukończenie wymagającego programu szkolenia zawodowego – na przykład szkoły medycznej – zajmuje kilka lat i wymaga mniej więcej pełnego skupienia i długich godzin spędzonych na nauce. …A nic z tego nie jest jakkolwiek kompatybilne z małymi dziećmi. Jeśli zakuwasz, żeby zaliczyć kończący semestr egzamin z chemii organicznej i masz małe dziecko, które głośno domaga się Twojej uwagi, to życzę powodzenia.

Kobiety wykształcone częściej podejmują pracę, bo to jest, rzecz jasna, głównym celem zdobycia wykształcenia. Praca wiążąca się z dużym stresem w konkurencyjnej branży nie sprzyja posiadaniu dzieciom bardziej niż studia podyplomowe, w wyniku czego wiele kobiet decyduje się na odłożenie posiadania dzieci do czasu, aż „ugruntują się” one w swojej karierze zawodowej. …A wtedy często jest już za późno. Pomijając ogólną kwestię płodności, to zjawisko jest zbrodniczo dysgeniczne. To właśnie wysoce inteligentni powinni chcieć mieć jak najwięcej dzieci; zamiast tego są najmniej płodnym podzbiorem populacji. Jest to jeden z powodów, dla których miasta określa się mianem niszczarek IQ.

Sama gęstość zaludnienia również wydaje się być czynnikiem i to nie małym. To nie jest zjawisko wyłącznym dla współczesności. Miasta zawsze charakteryzowały się niższym współczynnikiem dzietności niż obszary wiejskie, a wzrost gospodarczy opierał się na migracji z głębi obszarów wiejskich. Częściowo dzieje się tak po prostu dlatego, że życie w miastach jest droższe – wszystko trzeba importować, popyt na ziemię jest większy, a odpowiednią przestrzeń trudniej znaleźć itd. Jeśli mieszkasz w kamienicy z pudełka po butach, to jedno dziecko to duża liczba, już podziękuję. Ale wydaje się również, że ludziom, którzy są przez cały czas otoczeni przez tłum, pojawia się zmiana w zachowaniu, która sprawia, że są znacznie mniej zainteresowani rozmnażaniem się. Nie wiem, czy są jakieś badania na ten temat, ale miałoby to sens jako naturalny mechanizm regulacyjny. Jeśli znajdujesz się na stosunkowo żyznym obszarze, na którym jest bardzo mało ludzi, to będziesz miał mnóstwo dzieci, które zajmą tę otwartą niszę ekologiczną; jeśli znajdujesz się w zatłoczonym miejscu, zdobywanie zasobów będzie trudniejsze, więc lepiej przeznaczyć je na niewielką liczbę dzieci… …lub po prostu zrezygnować z dzieci i skupić się na własnym przetrwaniu.

Kolejnym czynnikiem utrudniającym wychowywanie dzieci w miastach jest brak sieci wsparcia społecznego. W tradycyjnych społeczeństwach rodziny nuklearne były częścią rozbudowanej struktury klanowej. Kobieta mogła liczyć na wsparcie swoich sióstr, matki, ciotek, babci i bliskich przyjaciół z dzieciństwa, którzy wspólnie pomagali sobie nawzajem w opiece nad dziećmi. Kobieta mieszkająca w mieście zazwyczaj przeprowadziła się bardzo daleko od miejsca urodzenia i jest otoczona innymi osobami, które zrobiły to samo. Może mieć przyjaciółki do picia i może kolegować się z ludźmi z pracy, ale żadne z tych kontaktów nie pomagają w opiece nad dziećmi. Co gorsza, po porodzie kobieta często zostaje porzucona przez te kontakty społeczne: jej przyjaciółki imprezują dalej (ale bez niej), a jej znajomi z pracy się nią obchodzą dopóki może być produktywna w biurze (czyli wtedy już nie). Jeśli chce ona pomocy w opiece nad dziećmi, musi za nią zapłacić.

Innymi słowy, miasta to nie tylko skupiska ludności; to pochłaniacze populacji. I wydaje się, że jest to ich nieodłączna cecha i że prawdopodobnie niewiele można z tym zrobić. Zważywszy na to, że 56% światowej populacji mieszka w miastach – przy znacznie wyższym odsetku w krajach rozwiniętych (np. 80% w USA, 72% w Europie, 65% w Chinach) – nie jest zaskakujące, że współczynnik dzietności spadł tak nisko.

Antykoncepcja z pewnością jest jednym z czynników zmniejszających płodność. Ludzie są tak zaprogramowani, by uprawiać dużo seksu. Właściwie to nie mamy okresu godowego w sensie adekwatnym do większości innych zwierząt, dla nas seks jest rozrywką, a dzieci są przypadkowym produktem ubocznym. Innymi słowy, nasze popędy seksualne manipulują nami w celu reprodukcji. Prezerwatywy, pigułki antykoncepcyjne i wkładki domaciczne umożliwiają zaspokojenie naszych rządzy bez ponoszenia niechcianych konsekwencji. W wielu przypadkach jeśli spojrzymy na całkowity współczynnik dzietności danego kraju, to zauważymy, że spadł on w połowie lat 60. XX wieku, czyli mniej więcej wtedy, gdy pigułki antykoncepcyjne zaczęły zyskiwać na popularności4.

Aborcja jest niewątpliwie jednym z czynników. W samych Stanach Zjednoczonych w ciągu dziesięcioleci po sprawie Roe przeciwko Wade przerwano około 63 miliony ciąż. To ogromna liczba dzieci, które inaczej by się urodziły.

Aby mogła powstać rodzina, a nawet żeby w ogóle doszło do seksu, młodzi ludzie muszą przede wszystkim mieć możliwość się poznać. Jest to coraz większym problemem. Wirtualizacja życia doprowadziła do coraz większego izolowania się ludzi, do interakcji ze sobą za pośrednictwem ekranów i do prób spotykania się za pośrednictwem aplikacji do seksu bez zobowiązań. Młodzi mężczyźni nie wychodzą z domu, grają w gry komputerowe i walą konia; młode kobiety starają się zaspokoić swój narcyzm na Instagramie. Idź do miejsca publicznego, a zobaczysz, że ludzie nie rozmawiają ze sobą. Zamiast tego siedzą na telefonach. Od całego życia spędzonego w stanie izolacji społecznej w świecie ekranów wszyscy nabawili się społecznego upośledzenia.

Częścią trudności w spotkaniach było to, że wszystkie stare wytyczne o seksualności zostały usunięte. Kilka pokoleń temu wszystko było dość oczywiste. Ludzie albo byli w związku małżeńskim (i w tym przypadku nie było ich na rynku matrymonialnym), albo nie (i w takim przypadku byli przynajmniej potencjalnie dostępni). Związki rozpoczęły się od zalotów, a małżeństwo było przez wszystkie strony bezsprzecznie uznawane za ostateczny cel. Jeśli dziewczyna nie miała pierścionka na palcu, zakładano, że była do wzięcia i chociaż z pewnością mogła odrzucić zaproszenie na randkę, to jeśli się zgodziła, to obie strony rozumiały, czym był ich ostateczny cel (a przynajmniej co powinno było nim być).

Wszystko to zostało zniszczone przez rewolucję seksualną. Teraz tylko dlatego, że ktoś nie ma obrączki, nie można zakładać, że kogoś nie ma. Zagadujesz do dziewczyny, wszystko idzie dobrze, wydaje się zainteresowana, może nawet przyjmie zaproszenie na kawę – tylko po to, by zacząć rozmawiać o swoim chłopaku, czyli – we współczesnym żargonie – „partnerze”. Niejasno określone „związki” mogą trwać już kilka lat bez małżeństwa. …I bez rodzenia dzieci, ponieważ dopóki obie strony nie złożą przysięgi, to tak naprawdę obie jedną nogą stoją w progu i nadal się nawzajem przymierzają, a dopóki się w pełni nie zaangażują, posiadanie dzieci jest o jeden krok za daleko. Sytuację pogarsza fakt, że młodych ludzi zachęca się do randkowania i zabawiania się tyle, ile się da w wieku 20-29 lat, a nawet 30-39 lat. Ustatkowanie się z ukochaną/ukochanym ze szkoły średniej jest postrzegane jako smutne, jako pewnego rodzaju porażkę w przedbiegach.

Rozwód bez orzekania o winie niewątpliwie też jest tu czynnikiem. Zważywszy na to, że przysięgę małżeńską można złamać z dowolnego powodu i za niewielką karą, w rzeczywistości nie jest ona umową jakkolwiek wiążącą. Młody mężczyzna, który się żeni, ryzykuje gospodarczą ruinę, jeśli kilka lat później jego zarumieniona panna młoda się rozmyśli. Tymczasem w związku przyznaje się mu bardzo niewiele praw. Z pewnością nie jest on paterfamilias, głową rodziny, jego słowo nie jest ostateczne. W każdym razie często pełni podrzędną rolę, mając mniej praw niż jego żona i z pewnością mniej praw, niż gdyby pozostał kawalerem. Mając bardzo niewiele korzyści i sporo do stracenia, młodzi mężczyźni boją się małżeństwa, co jest zrozumiałe. Rewolucja seksualna oznacza, że nie musisz kupować krowy, żeby dostać mleko; rozwód bez winy oznacza, że nawet jeśli kupisz krowę, to tak naprawdę nie jest ona twoja.

Jest jeszcze transpłciowość. Ma ona znaczenie raczej w Anglosferze – z tego co wiem, ta zaraza nie dotarła do Europy Wschodniej, Ameryki Łacińskiej, Rosji ani jakiegokolwiek miejsca w Azji. Wydaje się, że dotyczy to głównie Białych dzieciaków. Nie mam pojęcia, ilu z nich poddaje się działaniu blokerów dojrzewania, hormonów płci przeciwnej i operacji chirurgicznych krocza. Choć jest to makabryczne, to mam wrażenie, że na razie jest to stosunkowo rzadkie i chociaż ekstremiści zaimkowi niewątpliwie się sterylizują, to nie sądzę, że jest to już jedna z głównych przyczyn istnienia wielkiej dziury we współczynniku dzietności, który przecież odpowiada za kurczenie się populacji od czasu na długo przed pojawieniem się catgenderów.

Podsumowanie

Nasz porządek społeczny zmniejsza płodność na wiele sposobów. Biologiczny nawałnica zaburzających funkcjonowanie układu hormonalnego tworzyw sztucznych i toksycznych tłuszczów utrudnia zajście w ciążę, a co więcej, sprawia, że ludzie robią się brzydcy. Wirtualizacja życia utrudnia ludziom spotykanie się. Rewolucja seksualna, antykoncepcja, aborcja i rozwód bez orzekania o winie sprawiły, że rodzenie dzieci stało się opcjonalne, a małżeństwo – nieciekawe i niepotrzebne. Przez wydłużoną edukację kobiety opóźniają zajście w ciążę, a przez konieczność pracy poza domem wychowywanie dzieci staje się uciążliwe. A na koniec jest też przejście do życia w miastach, przez które większość populacji żyje w zatłoczonym, drogim środowisku, w którym jest pozbawiona kapitału społecznego.

Przez wszystkie te czynniki w niemal każdej części świata dzietność spadła znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, co doprowadziło do szybkiego starzenia się populacji. Grozi to uwięzieniem gatunku ludzkiego na samonapędzającej się drodze bez powrotu, prowadzącej do przepaści. Na krótką metę przeciwdziałanie depopulokalipsie jest główną motywacją ekonomiczną migracji zastępczej – tak naprawdę to migracji wypierającej – którą kraje europejskie i anglosaskie wykorzystują do utrzymania wzrostu populacji. Na dłuższą metę, w miarę jak plaga depopulokalipsy będzie się rozprzestrzeniać, a nadwyżka młodzieży będzie stawać się towarem deficytowym, cywilizacja przemysłowa może stać się nie do utrzymania.

Tim Hildebrant

1 W każdym razie Dzień Matki był kiedy zacząłem to pisać…

2 Single Income No Kids [osoba z jednym dochodem, bez dzieci – przyp. tłum.]

3 Zaskakująco trudno jest uzyskać jasne liczby dotyczące wieku i struktury etnicznej ludności Niemiec. Ciekawe czemu. Aby samemu wyliczyć potrzebne mi dane, użyłem statystyk dotyczących pochodzenia migracyjnego stąd i wykorzystałem ogólny model wieku stąd.

4 Z drugiej strony pigułki antykoncepcyjne nigdy nie były zbyt popularne w Japonii, w której również obserwuje się utrzymujący się spadek dzietności. Z drugiej strony spadek współczynnika dzietności w Japonii był dość łagodny, bez gwałtownego spadku zaobserwowanego m.in. w Kanadzie, USA czy Niemczech. To sugeruje, że antykoncepcja miała na ten spadek duży wpływ.

Tłumaczenie: Henryk Duran

Artykuł John Carter: Depopulokalipsa pochodzi z serwisu Portal 3droga.pl.

Może Ci się spodobać