Dopiero po aresztowaniu przez amerykański wymiar sprawiedliwości Nicolas Maduro będzie mógł na własnej skórze poczuć idee, które przyświecały jego 13-letnim rządom w Wenezueli. Cele w Metropolitan Detention Center na Brooklynie są równe, a sam obiekt – bardzo surowy, przemysłowy budynek – przypomina raczej wenezuelskie barrio*, niż luksusowy pałac Miraflores w Caracas.
Po przewiezieniu do Stanów Zjednoczonych obalony prezydent Wenezueli trafił do owianego złą sławą MDC – aresztu na Brooklynie, który znany jest zarówno z przebywania tam wielu osób z pierwszych stron gazet, jak i szeregu problemów, które trapią ten modernistyczny kolos z elementami brutalizmu.
Ten brutalizm na własnej skórze odczuli wcześniej, m.in. raper Tekashi 6ix9ine, magnat kryptowalutowy Sam Bankman-Fried, R. Kelly, prawa ręka Jeffreya Epsteina Ghislaine Maxwell, Martin Shkreli, Michael Cohen czy – całkiem niedawno – Sean „Diddy” Combs.
MDC Brooklyn od wielu lat jest krytykowane za niedostateczny dostęp do opieki medycznej dla osadzonych, liczne przypadki przemocy i morderstwa, a w konsekwencji także długie lockdowny, podczas których aresztanci są uziemieni w swoich ciasnych celach. W 2019 roku doszło nawet do sytuacji, w której w obiekcie przez kilka dni nie było prądu.
W takich warunkach Nicolas Maduro i jego żona Cilia Flores będą przebywać do końca swojego procesu, aż do osadzenia w zakładach karnych – o ile zostaną uznani za winnych zarzucanych im czynów. Choć MDC słynie z przypadków brutalnej przemocy, Maduro i Flores raczej nie grozi niebezpieczeństwo. Ze względu na wagę polityczną ich sprawy najprawdopodobniej zostali umieszczeni w pojedynczych celach, a Flores zapewne dodatkowo w zabezpieczonym sektorze dla kobiet.
*Z j. hiszp. dzielnica lub sąsiedztwo, ale w Ameryce Łacińskiej częściej utożsamiana ze slumsami (inaczej fawela).
Red. JŁ
Artykuł Maduro doświadcza rzeczywistości wielu swoich rodaków. W niesławnym MDC nie ma luksusów pochodzi z serwisu Nowy Dziennik.